Niepełnosprawność,  Podróże

Podróże o kulach – Bośnia, Chorwacja i Wiedeń

Medjugorie. Przepełnione modlitwą.

Dzień przed wyjazdem szalałam z ekscytacji. Energia mnie rozpierała. Pakowałam się szybko skreślając wykonane zdania z listy, którą trzymałam w ręku. Daisy kręciła się pod nogami jakby przeczuwając, że niedługo nie rozstajemy i to na tak długi czas. Nuciłam pod nosem zamykając walizkę. Nalałam sobie do szklanki kompotu z własnych, nie tkniętych chemią truskawek i usidłam w fotelu. Wieczór nachodził powoli, firanki ledwie się kołysały – było bardzo duszno. Ziemia pragnęła ulewy. Ja także. Kropelki potu na mojej skórze o słonym smaku wsiąknęły w chusteczkę, którą przetarłam czoło. Jutro o tej porze będziemy już daleko. Będę cieszyć oczy widokami. Powietrze będzie pachnieć inaczej. A serce będzie doświadczać bez lęku, ambitnie i z pasją… Podróż ciągnęła się w nieskończoność. Bolały mnie mięśnie i kości. Raz po raz drzemałam na tylnej kanapie samochodu. Jednak co chwila się wybudzałam. Ciekawa świata, ludzi, zapachu i życia. Odkąd minęliśmy czeską granicę towarzyszył nam deszcz. Liczyłam kropelki na szybie marząc o słońcu i łóżku. Pierwszy raz wybraliśmy się do Medjugoria samochodem. Teraz już wiemy, że powinniśmy zatrzymać się na nocleg. Odpocząć i  napełnieni z nowymi siłami ruszyć w dalszą drogę. Dojechaliśmy nad ranem. Pod powiekami dojrzałam ostre światło wschodzącego słońca, które witało nas radośnie. Pomachałam mu na dzień dobry i zasnęłam nie śniąc o niczym. Obudziły mnie cykady. Zachwycona tą muzyką wybiegłam boso na taras, aby być cichym słuchaczem tego magicznego koncertu. Nagle, zupełnie niespodziewanie przed moimi oczami przeleciała jaskółka. To maleńkie stworzonko napełniło moją duszę radością. Takie właśnie jest Medjugorie. To tutaj dostrzegasz, przeżywasz na nowo każdą z możliwych emocji. Tutaj zapominam o jakiejkolwiek technologii. Nie czuje potrzeby zerkania na telefon, instagram. Czas płynie na rozmowach, długich wędrówkach czy wieczornej adoracji. Człowiek zapomina o komforcie i wygodach. A serce otwiera się na boskie plany, więcej rozumie, przebacza i kocha do głębnie, mocno i prawdziwie. Wspinaczka na Górę Objawień jest trudna, wymagająca. Wystające kamienie, korzenie, kurz, brud, piach i stromość góry nie zachęcają, aby zdjąć obuwie. Jednak wielu pielgrzymów decyduje się na ten krok, ponieważ mówi się, że droga na górę jest święta. Po dziś dzień objawia się tam Matka Boża. I dlatego wędrówka wcale nie jest straszna, ale pełna zadumy, modlitwy i nadziei na lepsze.

Chorwacja. Chwile beztroski.

Kiedy temperatura przekroczyła 40 stopni wskoczyliśmy w samochód marząc o kąpieli w Adriatyku. Długo szukaliśmy miejsca, które nie jest zatłoczone przez turystów. Kręte drogi przyprawiały mnie o zawrót głowy. W pewnym momencie zwyczajnie się zgubiliśmy i to najlepsze, co mogło nam się przytrafić. Wąskie uliczki spowite były w kwieciu różnego rodzaju. Poczułam się jak w Grecji. Muzyka dobiegająca z domów zachęcała do tańca. Domy wyglądały tak przytulnie, swojsko i kolorowo. Patrzyłam urzeczona pięknem świata. Szliśmy dość długo, gdy ujrzeliśmy przed sobą piasek biały jak śnieg. Zaczęłam biec jako dziecko. Kapelusz poszybował w górę, a ja moczyłam stopy w cudownie chłodnej wodzie. Woda była tak czysta, że mogłam rozróżnić kolory rybek, które łaskotały mnie w stopy. Zaśmiałam się głośno. Pies biegnący brzegiem ochlapał mnie radośnie merdając ogonem. Nieopodal dzieci budowały zamek z piasku karmiąc mewy. Stałam tak dobrych parę minut. Szum fal i chłodny wiatr łechtał moją duszę. Mąż ujął mnie za rękę i uśmiechnął się beztrosko. Wtuliłam się w jego ramię brocząc w wodzie. Nie musieliśmy nic mówić. W tym momencie mieliśmy wszystko, bo byliśmy razem. Moja skóra zrobiła się słona. Włosy rozplątał wiatr, a piasek je pomalował. Było mi tu tak dobrze. Kojąco i lekko. Mokra sukienka suszyła się na gałęzi. Sandały leżały w piachu. A ja półnaga tańczyłam pośrodku morskich fal…

 

Czarujący Wiedeń.

Spełniłam swoje podróżnicze marzenie. Wiedeń od dawna był na liście. Podskoczyłam z radości, kiedy mąż oznajmił mi, że będziemy wracać przez Austrię. Byliśmy tam tylko parę godzin, a ja zdążyłam się zakochać bez pamięci. Zjedliśmy pyszny obiad. Wypiliśmy najpyszniejszą i największych rozmiarów lemoniadę o smaku mango i wyruszyliśmy na krótką wycieczkę. Już od pierwszych chwil poczułam klimat tego miasta. Nonszalancja i wytworność. Ludzi, kafejek, sklepów, budynków. Z każdym krokiem gubiłam oddech. Architektura, muzyka, zabytki chciałam tego wszystkiego choćby zasmakować. I tak się stało. Jednak czuje niedosyt. Widziałam niewiele. Katedra Św. Szczepana jej monumentalność, dostojność sprawia, że musisz choć na chwilę zatrzymać się i po delektować się jej kształtami, zdobieniami. A kamienice… Istny raj dla miłośników sztuki. Nim dotarliśmy do Katedry zdążono nas zaprosić na sztukę baletową. Niestety nie mogliśmy skorzystać, ale musi być to uczta dla uszu i oczu. W tym mieście gotyk, antyk i współczesność podają sobie przyjaźnie dłonie. Chyba to właśnie najbardziej mnie zachwyca… W zwykłej aptece, sklepie papierniczym unosi się wspomnienie przeszłości. Tysiące jeszcze nieopowiedzianych historii ukrytych w wąskich uliczkach zaprasza cię na pyszną kawę. A ty drogi wędrowcu usiądź wygodnie i słuchaj…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *