Niepełnosprawność,  Podróże

Podróże o kulach: Derbyshire, Halloween

Otworzyłam oczy. Do pokoju wpadło ostre światło i chłód poranka. Zamrugałam powiekami. W korytarzu usłyszałam tupot małych stóp i okrzyk: „Chodźmy już! Dziś przecież Halloween! Czekałam na ten dzień cały rok!”.  Z zaciekawieniem wyjrzałam z pokoju, delikatnie uchylając drzwi. Oliwia i Mikołaj w ogromnym skupieniu wydrążali dynię, dekorując ją. Pomachałam do nich radośnie. Rozmawiając później z rodziną dowiedziałam się, że dla każdego Anglika dekorowanie domu oraz wystawiona dynia przed domem oznacza, że ktoś jest w domu i śmiało można biec po słodkości. Dzieci już od samego rana podskakiwały z radości na samą myśl o tym ile w tym roku, uda im się zebrać słodyczy.

Przedpołudniem wybraliśmy się na krótki spacer po okolicy w nadziei, że zobaczę jakieś dekoracje. Znaleźliśmy kilka udekorowanych domów. Jak wszyscy wiemy motywem przewodnim są kościotrupy, czaszki, pajęczyna, pająki itp. Im straszniej tym lepiej. Widziałam nawet przerażającą laleczkę w białej sukience przyczepioną do pnia drzewa. Czuję gęsią skórkę na ciele nawet na samo wspomnienie. Ale prawdziwą atmosferę dane mi było poczuć, kiedy słońce nieśmiało chowało się zza horyzont…

Czas strachów czy radości?

 

Dzieci pośpiesznie biegły po schodach na górę, aby znaleźć przebranie i akcesoria do makijażu. A ja wraz z rodziną gotowałam pyszności na wieczór. Zapach pieczonego mięsa mieszał się nieustannie ze słodką wonią ciasteczek z kawałkami czekolady. Bo tak właśnie wygląda Halloween. Jest rodzinnie, radośnie i strasznie. Dorośli spotykają się, po to aby porozmawiać, zjeść, kiedy dzieci z pośpiechem i brakiem tchu, z zaczerwienionymi policzkami biegną od domu do domu. Późnym popołudniem naciągnęłam czapkę szczelniej na uszy, dłonie wsunęłam w rękawiczki i ruszyliśmy przed siebie. Obserwowałam wszystko uważnie, nie chciałam niczego przegapić… Dzieci zastukały do pierwszych drzwi i cichutkim głosem oznajmiły: „Cukierek albo psikus!”. Starszy pan zaśmiał się równie cicho i wrzucił dzieciom parę słodkości. Dziewczynki z piskiem pobiegły dalej, krzycząc na odchodnym: „Dziękuje!”. Starszy pan stał jeszcze chwilkę w progu i machał nam wesoło na pożegnanie. I tak było niemal przy każdym domu. Anglicy to niesamowicie przyjaźni, uśmiechnięci i pogodni ludzie. Obdarowywali dzieci z nieskrywaną radością, a ja miałam wrażenie, że każdy dorosły ma ochotę wskoczyć w przebranie i pozbierać cukierki!

Szłam powoli, stawiając krok za krokiem. Wieczór był chłodny, ale cudowny. Śmiechy, krzyki dobiegające z każdego zakamarka ulicy napełniły moje serce radością. Nagle minęła nas grupa nastolatków. Na twarzach mieli maski, w dłoniach torby lub wiaderka z symbolem dyni. Za nimi szła malutka dziewczynka z rodzicami przebrana za czarownicę! Wyglądała uroczo i słodko! W kolejne drzwi otworzyła nam mama trzymająca dzieciątko przebrane za dynię! Całą drogę powrotną nie mogłam przestać się śmiać. Mimo upiornych dekoracji Halloween będę wspominać dobrze. Doświadczyłam czegoś zupełnie nowego. Strasznego, ale i pięknego. Zobaczyłam miłość, radość, lęk, ciekawość. Bo przecież nie święto było najważniejsze, lecz ludzie, którzy mnie otaczają.

Jeden Komentarz

  • Paulina G Lifestyle

    To cudownie, że spędziłaś tak wspaniały czas! Osobiście nie przepadam za Halloween, a same dynie i stroje dzieci mnie przerażają i wywołują gęsią skórkę. Jednak tak jak powiedziałaś, że najważniejszy tego dnia był czas spędzony z najbliższymi, miłość i wylewająca się dookoła radość. <3

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *