Włoska przygoda Pani Colette

Siadłam przy ulubiony stoliku tuż przy oknie. Zapadłam się głęboko w fotel i zamknęłam na chwilę powieki. Byłam przemoczona i głodna. W kawiarni nie było jeszcze tłumów. Była taka pora dnia, kiedy ludzie dopiero otrzepują się z resztek snu i biegną po kawę na wynos. Zamówiłam, to co zwykle i sięgnęłam po laptop. Zanim ugryzłam parę kęsów rogalika napisałam parę zdań. Czułam, że moje ciało potrzebuje czarnego jak smoła płynu. Czekając na kawę spojrzałam za okno. Ludzie biegli przed siebie w pośpiechu, ktoś kogoś potrącił łokciem, ktoś wszedł w kałużę, a jeszcze ktoś żywo gestykulował rozmawiając przez telefon. Samochody mknęły przed siebie. Niektórzy hamowali przed przejściem dla pieszych tak gwałtownie, że mimowolnie w swoich uszach słyszałam pisk opon. Autobusy miejskie powoli snuły do przystanków by jedni mogli się z nich wysypać, a inni do nich wsiąść. Naprzeciwko zauważyłam grupkę młodzieży, która skupiła się wokół miejskich rowerów, które można wypożyczyć. Młoda blondynka sprawnie wskoczyła na rower i ruszyła żwawo przed siebie, zręcznie lawirując między sznurem kolorowych samochodów, z których utworzył się nie mały korek.

Zapragnęłam tak jak ona popędzić przed siebie i poczuć w udach ten znajomy ból zakwasów. Poczuć jak wiatr łaskocze mnie po twarzy, a słońce przypieka policzki, zostawiając na nich ślad rumieńców.  Zamknęłam powieki, wciągnęłam cicho powietrze do płuc i zobaczyłam to za czym teraz najbardziej tęsknie. Mknęłam rozklekotanym, żółtym, lekko obdrapanym rowerem przez wąskie, brukowane ulice Pienzy. Urządzałam sobie wyścigi z fiatami 500 i śmiałam się z samej siebie. Kierowcy trąbili na siebie bez przerwy, piesi przechodzili przez jezdnie, kiedy tylko chcieli, a żółtawe tramwaje chrobotały tak przeraźliwie po zużytych szynach, że tylko Włosi mogli znieść taki poziom hałasu. Zaraz po raz przejeżdżał koło mnie dwuosobowy skuter najpopularniejszy środek transportu we Włoszech, a ja ciągle bałam się na niego wsiąść. Moja trasa do pracowni zwykle trwała krótko, ruch przebiegał płynie, a ja ładowałam swoje akumulatory posyłając uśmiechy, machając na powitanie znajomym siedzącym w taxi. Zwykle dziwiłam się czemu inną wolą jazdę samochodem, przecież przyjemnie jest zażyć trochę świeżego powietrza rankiem i na dokładkę się porządnie zmęczyć, ale jazda po włoskich ulicach na rowerze nie należała do najwygodniejszych. Bruk był stary, pełen dziur. Nierówności, wzniesienia oraz nagłe spadki przysparzały mi niezłej rozrywki. Obolała, rozmasowywałam swoje drobne, kościste nogi na długo przed rozpoczęciem pracy.

2 Replies to “Włoska przygoda Pani Colette”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *